<!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } -->
Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.
W listopadzie techniczni z supermarketów mają masę pracy. Muszą włazić na drabiny, dźwigi i inne takie, wieszać gwiazdki, ubierać choinki. Natomiast „didżeje” ze sklepów wielkopowierzchniowych wyciągnąć zakurzone od zeszłego roku płyty ze świątecznymi „hitami”. Niestety, nawet największych fanów „Last Christmas” potrafi zniechęcić odtwarzanie tej piosenki 400 razy na dobę. To trochę tak, jakby ustawić sobie ulubioną melodię w budziku. Efekt (a raczej odruch wymiotny) murowany.
Na początku grudnia robi się coraz zimniej, wraca do domu po ciemku i człowiek może nawet parę razy mieć wrażenie, że poczuł tę magiczną, świąteczną atmosferę. Zwłaszcza jeśli pójdzie kilkakrotnie na roraty i zakupi kalendarz adwentowy (załóżmy, że jest fizycznie możliwe, aby nie spożyć wszystkich czekoladek jednego dnia). Albo jak się ma dzieci, które piszą listy do świętego Mikołaja.
Co roku równie naiwnie wierzymy, że czeka nas kilka dni słodkiej laby, nic nierobienia, beztroskiego relaksu i magicznych chwil. Jedni szybko pozbywają się złudzeń, kiedy okazuje się, że na początku stycznia szykuje się jakiś egzamin (uroki sesji ciągłej). Inni wierzą nieustannie aż do dnia, kiedy uradowani z ich przyjazdu do domu rodzice wypowiadają sakramentalne „a tu masz spisane te kilka rzeczy, które chcielibyśmy, abyś zrobił”, po czym wyciągają zza pazuchy listę długości autostrady A2. Co bardziej okrutni dodają jeszcze na koniec „ale to tak w międzyczasie, w końcu przyjechałeś odpocząć”. No właśnie!
Cóż, rodzice nie mają lepiej, bo przecież pracują (nawet w Wigilię... czy politycy w Sztrasburgu nic w tej sprawie nie robią?). Przedświąteczny nawał obowiązków sprawia, że są zdecydowanie bardziej konfliktowi niż przez resztę roku. Także każdy lata ze szmatą i wywalonym językiem, starając się unikać domowników, aby nie zaszczepić u nich tak zwanego ducha świąt, od którego aż pękamy.
Kiedy jednak zbliża się ten 24 grudnia, wszystko zaczyna układać się zgoła źle. W sklepach kolejki po karpia tak długie, że nie wiadomo kto jest bardziej udręczony – ryba, czy jej nowy prawowity właściciel. Prezenty trzeba kupić a tu nie wiadomo ani co, ani za co. Potraw musi być oczywiście 12, a tradycją jest, że choćbyś nie przypalił niczego przez cały poprzedni rok, tuż przed świętami Twoje umiejętności kulinarne jakby maleją.
Wigilię wszyscy umierają ze zmęczenia, dom lśni, a w kuchni jest około 60 stopni. Wszyscy maja dosyć wszystkiego, a powtarzane od listopada kolędy odruchowo skłaniają do wyłączenia radia. Koło 17 przychodzi czas na ubranie filmowego uśmiechu numer 5, czystej koszuli, czy sukienki i zejście na dół, aby zjeść to co się gotowało przez ostatni miesiąc i pobrudzić dopiero co wykrochmalone obrusy. Trzeba podzielić się opłatkiem, choć 95 procent ludzi nigdy nie wie czego sobie życzyć. Do hitów wśród najbardziej irytujących życzeń należą „abyś w przyszłym roku zrozumiał, że tata dobrze Ci radzi i był posłuszny”, „abyś rzucił palenie”, „żeby Karol Ci się wreszcie oświadczył”, „żebyś zmądrzał i rzucił te studia dla czegoś praktyczniejszego”, i – moje ulubione - „aby udało Ci się wreszcie przytyć/schudnąć/ pozbyć tych okropnych pryszczy”.
Po życzeniach scenariusze mogą być dwa. Albo ktoś nie wytrzymuje i zaczyna się tradycyjna Wigilijna kłótnia, równie sztampowa i powtarzalna jak smak kutii czy barszczyku. Albo też wszyscy starają się być dla siebie ujmująco mili, aby przypadkiem się nie pokłócić, bo przecież to święta i nie wolno. Na twarzach wymalowane są uśmiechy, a w duszach czai się tradycyjne, świąteczne pragnienie mordu.
Robi się jednak coraz później, choinka zaczyna przymilnie świecić, glukoza uderza do żył i każdy się uspokaja. Prezenty okazują się nie takie złe, można pośpiewać na pasterce, a w następne dwa dni poświecić na jedzenie i spanie. Sprzątanie zostawić na potem.
W pewnym serialu, który ostatnio namiętnie oglądam, jedna z bohaterek mówi, że prawdziwym cudem narodzin jest to, iż chociaż to prawdziwa tortura, szybko się o niej zapomina i potem chce się rodzić drugi raz, choć w trakcie porodu zawsze obiecuje się sobie, że nigdy więcej.
Myślę, że tak samo jest ze świętami. Każdy ma ich dosyć już w połowie grudnia, ale zwykle zostają nam potem w głowach miłe wspomnienia. I chociaż klniemy się na wszystkie świętości, że nie znosimy świąt i tak co roku lepimy pierogi i śpiewamy z babcią pastorałki, zamiast zamówić pizze i włączyć film na dvd.
Chyba gdzieś w każdym z nas na zawsze pozostaje dziecko, które wierzy, że w Boże Narodzenie wydarza się prawdziwy cud. I że zdarzy się też w tym roku.
Marta Mozol
PS Na końcu świątecznego artykułu należałoby złożyć życzenia świąteczno - noworoczne. Tak więc życzę Wam wszystkim, abyście spędzili wesołe święta, nosili ciepłe ubrania w nowym roku i dużo się uczyli. I dbali o wątrobę oczywiście;).
|
poprzedni: O jesieni, depresji i tolerancji. |