Marta Mozol
Archiwum:

2009
grudzien
czerwiec
maj
luty



felieton

powrót

O jesieni, depresji i tolerancji.

<!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } -->

Właściwie zawsze lubiłam jesień. Oznaczała dla mnie nowy początek, czystą kartkę w dzienniku, kolejne solenne obietnice pracy nad sobą. A także deszczowe wieczory pod kocem z książką, więcej sesji RPG i ich niezwykły klimat, który może dać tylko jesienne światło. Nigdy nie cieszyło mnie, że wakacje się kończą, ale chyba lubię wszystkie pory roku z podobną intensywnością. Może to dlatego, że jestem z natury raczej optymistką.

Gdyby tak nie było, jesień pewnie kojarzyłaby mi się z melancholią, a może nawet depresją, która przecież dotyka o tej porze tak wiele osób. Być może nie jest to nawet kwestia pesymistycznego nastawienia do życia. Przekonałam się bowiem, jak podstępna potrafi być ta choroba. Dotyka osób, po których nigdy byśmy się nie spodziewali, że może być z nimi coś nie tak. I wciąż nie wiemy dlaczego.

Bliska prawdy wydaje się być teoria zbyt małej ilości mediatora w mózgu lub też nieodpowiedniej reakcji neuronów na ten mediator. Ale nawet jeśli jest to prawda, wciąż nie wiemy jak i dlaczego mediatora zaczyna „brakować”, choć zawsze było go „w sam raz”.

Co najdziwniejsze, depresja nie jest chorobą nową. Opisywano ją już w starożytności!

Mimo to jest nie tylko schorzeniem niezbadanym, ale także swego rodzaju tabu. Jest to bowiem czwarty w kolejności najpoważniejszy problem medyczny na świecie - czyli choroba prawie tak samo znacząca jak nowotwory, czy schorzenia układu krążenia. Jednak każdy z nas zna kogoś po zawale, zetknął się z nowotworami, a być może nie zna osoby, która kiedykolwiek przechodziła depresję. To znaczy statystycznie na pewno taką zna, a może nawet kilka, ale prawdopodobnie się o chorobie nie dowiedział.

Depresja jest chorobą psychiczną, dlatego ludzie wstydzą sie o niej mówić. Uważam, ze nie powinno tak być. Przecież chorobie wieńcowej da się z dość dobrym skutkiem zapobiegać za pomocą trybu życia i jest to wiedza powszechnie znana. Nikt jednak nie wstydzi się przyznać do zawału czy udaru. Na to natomiast czy dopadnie nas depresja lubi inna choroba psychiczna mamy naprawdę niewielki wpływ. Wiemy że zaburzenia te częstsze są u alkoholików i że sprzyja im prawdopodobnie nadmierny stres.

Skoro to temat wstydliwy, dlaczego uważam, że warto go poruszać? Ponieważ jest tak powszechny, że może dotknąć każdego z nas. Jestem przekonana, że niejedna z osób, które czytają ten tekst, już niestety doświadczyła tej paskudnej choroby. I myślę że każdemu pomaga świadomość, że nie jest jedyną osobą, która doświadczyła takiego problemu.

Człowiek w depresji jest słaby i kruchy jak dziecko. Boi się społecznego odrzucenia. Czasami musi podjąć leczenie w szpitalu psychiatrycznym. I tu jego otoczenie może zareagować różnie. Albo dzielnie przy nim trwać, rozumiejąc, ze to choroba jak każda inna, albo unikać odwiedzania go, skoro siedzi w „domu wariatów” - jak sie niestety jeszcze często takie miejsca nazywa.

Na szczęście szpitale psychiatryczne przeszły w ciągu ostatnich lat prawdziwą rewolucję i nie przypominają już ani trochę miejsca znanego z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Pacjent musi sie sam zgodzić na leczenie w takiej placówce, jest traktowany poważnie, decyduje o sobie (jeżeli jest do tego zdolny). Niestety wciąż zbyt mały (według mnie) nacisk kładzie się na psychoterapię. Przygotowując się do pisania tego artykułu, odkryłam, że w niektórych znanych tego typu placówkach w Polsce są oddziały gdzie w ogóle nie zatrudnia sie psychologa! Nie podoba mi sie też to, że niektórzy lekarze wolą zbierać wywiad od rodziny chorego niż od niego samego, nawet jeśli jest pełnoletni. Na szczęście zdarza sie to sporadycznie. Moim zdaniem wywiad powinno sie zbierać zarówno od rodziny jak i od samego chorego.

Może skoro w szpitalach się udało, to i w naszej mentalności pomału zacznie coś się zmieniać i nie będziemy traktować osób chorych psychicznie jak obywateli drugiej kategorii?

Napisałam, że psychozy to choroby jak każde inne. To nie do końca prawda. Bo po zawale człowiek nigdy nie będzie już równie sprawny jak przed nim. A depresja (choć może, niestety wracać), mija jak zły sen. Można wrócić do punktu wyjścia, żyć jak dawniej, pracować. Oczywiście, jeśli środowisko nie zacznie nas wytykać palcami.

Tak właśnie tworzy się błędne koło. Bo jeśli nie przyjmie się rekonwalescenta otwarcie i sympatycznie, jeśli nie okaże się mu minimum zrozumienia i szacunku, to przyjdzie nam se z taką osobą rozstać. Ona pójdzie na rentę i będzie sie czuć bezużyteczna, a my nie skorzystamy z szansy nauczenia się od niej jednej bardzo ważnej rzeczy – jak znaleźć w sobie siłę, żeby się podnieść. I już zawsze będziemy wierzyć, że z chorobą psychiczną nie da się normalnie żyć.