Marta Mozol
Archiwum:

2009
grudzien
czerwiec
maj
luty



felieton

powrót

rozkochać Małego Księcia

Są takie dni, kiedy ostatnim moim marzeniem przed zaśnięciem jest więcej się nie obudzić. I - śmieszne –rozbudza się we mnie wtedy ...pasja czytelnika. Tak to chyba można określić.
Staram się usiąść tuż obok siebie, zaparzam herbatę i spoglądam na wszystko dookoła jak na dobrą powieść. Ot, tak lekka obyczajówka.
Po prostu chcę wiedzieć czy ta kapryśna, ale przesympatyczna główna bohaterka długo zostanie ze wspaniałym przystojniakiem, czy zda na upragnioną medycynę....

Co dalej?
Miło jest spokojnie zadawać to pytanie naiwnie wierząc, że odpowiedź znajduje się na następnej stronie, że zależy od Tego, Kogo nazwisko widnieje na okładce.

I wiecie co? Czasem zamiast strachu, mam w sobie ogromną ciekawość. Z zapartym tchem czekam na ciąg dalszy tej pokręconej historii.
Przyznam - sympatyzuję z główna bohaterką. Taka nieśmiała, naiwna i głupia....może inaczej – infantylna. Ach, czasem postępuje tak dziecinnie, tak....
Ale zawsze czymś się kieruje. Myśli, ciągle myśli, czasem zdecydowanie za dużo.

Lubię patrzeć z boku na jej małe dramaty, zarazem śmieszne i wielkie.
Bo z pewniej perspektywy tak wyraźnie widać, tak łatwo zrozumieć...

Tyle łez wylanych zupełnie niepotrzebnie, tyle nieprzemyślanych decyzji, tyle głupstw...

Ale to wszystko drobnostki, za dzień, miesiąc, rok, nie będzie już o tym pamiętać.
Zostaną tylko doświadczenie, mądrość i siła.
Lubię, bardzo lubię obserwować z boku, jak pomału ona staje się kobietą. Jak śmieszny i niezdarny pąk przemienia się w kwiat.
Ile dni musi minąć, ile deszczu spaść.
Przypomina mi się „Mały Książę”, gdzie autor pomału prowadzi nas po kolejnych stadiach rozwoju tego kwiatu.
Tak. Dużo musi się stać, dużo szklanek potłuc, dużo luster zbić, nie raz tusz się musi rozmazać.
Dziewczyna rozwija się burzliwiej niż chłopak. Mężczyźni mają w sobie jakąś taką jakby wrodzona siłę, a kobiety muszą się jej dopiero z wiekiem nauczyć, nasiąknąć, albo na zawsze pozostać w kącie, w cieniu samych siebie.
Ale to jest piękne. Właśnie ten proces, przypominający nieco przepoczwarzanie się gąsienicy w piękną, tajemniczą ćmę (bo – zaznaczam – prawdziwa kobieta nigdy nie będzie banalnym motylem!), jest tym, co najbardziej mnie pasjonuje w mej niezwykłej lekturze na długie, zimowe wieczory.

Kończy się herbata, za oknem noc. W łazience jedno spojrzenie przypomina mi prawdę, która wydaje się teraz tak nierealna. Tak, tak – to ja – ciągle ta sama. Patrzę na siebie oczyma, które otoczone są obwódkami rozmazanego makijażu. Jestem. Jestem ciągle
tym niezwykłym stanem przejściowym. I choć tak łatwo przychodzi mi samokrytyka, wciąż nie umiem zachować dystansu.

Jestem. Bohaterką tej dziwnej książki. I jedynym istotnym recenzentem. Autorem? Nie, autorem jest chyba Ktoś inny. Tak, ale ON – Wielki Autor daje mi – swojej ukochanej postaci – wolny wybór.

A teraz – kiedy już spojrzałam na wszystko z dystansu, odpowiednio się nastawiłam i zanalizowałam za i przeciw, mogę iść dalej – w następny rozdział. Dalej – aż do następnej burzy. A wtedy, żeby nie dać się emocją – znów zasiądę do czytania swojej niezwykłej książki...


P.S. i przyjdzie taki dzień, kiedy nie będzie tu już chyba...